W Polsce toczy się spór o to, jak nazywać rzeź wołyńską – i czy zakaz propagowania ideologii UPA ma sens prawny, czy tylko symboliczny. Ten spór ma swoją geografię. I ona zaczyna się tutaj, gdzie Rafał Lemkin – obserwując Zagładę – stworzył słowo „ludobójstwo”. Dlaczego precyzja języka zbrodni nie jest kwestią polityczną – i dlaczego ta lekcja zaczyna się właśnie tutaj, w Oświęcimiu.

Rzeź wołyńska a lekcja Oświęcimia. O tym, dlaczego precyzja języka zbrodni nie jest kwestią polityczną
Zło rzadko przychodzi w postaci demona. Znacznie częściej ma twarz urzędnika wypełniającego formularz, kogoś, kto w pewnym momencie przestaje zadawać sobie jedno, z pozoru banalne pytanie: jak nazwać to, co właśnie robię. To nie siła nienawiści czyni zbrodnię możliwą na skalę masową, lecz jej bezmyślność – cicha zgoda, by pewnych rzeczy po prostu nie nazywać wprost, bo tak jest wygodniej, bezpieczniej, mniej kłopotliwie dla wszystkich stron.
Są miejsca na mapie, w których ta myśl nie jest ćwiczeniem z filozofii. Powiat oświęcimski należy do nich z przyczyn, których nikomu tu nie trzeba tłumaczyć.
Co się właśnie wydarzyło
W ostatnich dniach wiceprezes PiS Mateusz Morawiecki, stojąc pod pomnikiem AK w Warszawie, wezwał premiera Donalda Tuska do „odmrożenia” projektów ustaw – autorstwa PiS oraz prezydenta Karola Nawrockiego – które przewidują zakaz propagowania banderyzmu w Polsce. Bezpośrednim impulsem była decyzja prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” – decyzja, którą skrytykowały zarówno rząd, jak i opozycja w Polsce, i która skończyła się odebraniem Zełenskiemu przez prezydenta Nawrockiego Orderu Orła Białego.
Towarzyszył temu gest o sile bardziej symbolicznej niż prawnej: Morawiecki zapowiedział, że odda otrzymany od Zełenskiego order do powstającego w Chełmie Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej, tak by odwiedzającym dać, jak to ujął, dodatkowy asumpt do refleksji nad tym, czym była ta zbrodnia. Podkreślał przy tym, że rzeź wołyńska to nie „bolesny epizod” ani „lokalny konflikt”, lecz ludobójstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem.
Warto wiedzieć, o czym konkretnie mowa. Projekt klubu PiS, złożony w Sejmie jeszcze w grudniu 2024 roku, nowelizuje ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej oraz Kodeks karny: dopisuje zbrodnie OUN-B i UPA do katalogu zbrodni badanych przez IPN i wprowadza nowy przepis karny, grożący do trzech lat więzienia za propagowanie ideologii banderowskiej – w uzasadnieniu porównany wprost do istniejącego już zakazu kłamstwa oświęcimskiego. Osobny, równoległy projekt uchwały domaga się przywrócenia rządowego finansowania budowanego w Chełmie muzeum, które koalicja rządząca wcześniej wstrzymała. Prezydent Nawrocki poszedł inną drogą: po zawetowaniu w czerwcu 2026 roku nowelizacji ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy złożył własny projekt tej ustawy, wprowadzający analogiczny zakaz promowania banderyzmu oraz podobne rozszerzenie kompetencji IPN. Prawnicy zwracają jednak uwagę, że polski kodeks karny już dziś, w ramach ogólnej klauzuli o ideologiach nawołujących do przemocy, obejmuje tego typu zachowania – co każe pytać, czy chodzi tu bardziej o realną lukę prawną, czy o symboliczny gest polityczny.
O konkretnych narzędziach – zakazie karnym, groźbie deportacji, poprawkach do sprawozdań Parlamentu Europejskiego – można i należy dyskutować osobno, z chłodną głową i bez emocji chwili. Pod tą warstwą kryje się jednak pytanie, które nie ma barw partyjnych: czy wolno relatywizować zbrodnię, gdy nazwanie jej po imieniu staje się politycznie niewygodne?
Adres tego pytania
To pytanie ma swoją geografię. Słowo „ludobójstwo” nie istniało w prawie międzynarodowym, dopóki Rafał Lemkin – prawnik, który stracił w Zagładzie niemal całą rodzinę – nie ukuł go, patrząc na to, co wydarzyło się kilkanaście kilometrów od miejsca, gdzie dziś stoi Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Konwencja o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku, precedens norymberski, cały powojenny słownik moralny, którym posługujemy się dziś bez zastanowienia, powstały z jednego założenia: to, co się wydarzyło, musi mieć nazwę, a nazwanie musi pociągać za sobą osąd.

Gdyby faszyzmu nie potępiono jednoznacznie po 1945 roku – gdyby to, co stało się w Auschwitz, uznano za „epizod wojny” albo „element szerszego konfliktu”, współtworzony w równym stopniu przez obie strony – nie mielibyśmy dziś języka, którym można by nazwać jakiekolwiek późniejsze ludobójstwo. Nie istniałby precedens, do którego odwołują się trybunały orzekające dziś w sprawach Rwandy czy Srebrenicy. Cała architektura powojennej sprawiedliwości opiera się na jednym, niewygodnym założeniu: że pewnych rzeczy nie wolno tłumaczyć kontekstem.
Właśnie dlatego mieszkańcom tej ziemi przysługuje coś więcej niż zwykłe prawo głosu w sprawach precyzji języka – przysługuje im rodzaj moralnego pierwszeństwa. Nie z powodu sympatii do tej czy innej partii, lecz dlatego, że doświadczenie miejsca nauczyło ich, do czego prowadzi rozmywanie się słownika zbrodni.
Świat bez potępienia
Warto na chwilę wykonać ćwiczenie myślowe w duchu, jakiego uczyła Arendt: wyobrazić sobie świat, w którym faszyzm nigdy nie doczekał się jednoznacznego wyroku historii. Zbrodnie masowe pozostałyby w nim kategorią względną, zależną od tego, kto akurat jest sojusznikiem, a kto przeciwnikiem w danym momencie. Rewizjonizm historyczny nie byłby marginesem debaty publicznej, lecz jej główną walutą. Każdy sprawca ludobójstwa mógłby liczyć, że za dekadę lub dwie zostanie przemianowany na bohatera lokalnego oporu, o ile tylko znajdzie się po właściwej stronie kolejnego sojuszu. Nie byłoby też podstawy, by kogokolwiek osądzić – bo osąd wymaga wcześniej ustalonego, niepodważalnego wzorca tego, co jest zbrodnią, a co nią nie jest.
To właśnie ten wzorzec – twardy, niewygodny, kolidujący czasem z bieżącą polityką – jest dziś prawdziwą stawką sporu o pamięć wołyńską. Nie chodzi o to, czy Ukraina zasługuje na polską solidarność w wojnie z Rosją – zasługuje, i to bez cienia wątpliwości. Chodzi o to, czy solidarność w czasie wojny może być powodem, dla którego jedna zbrodnia otrzymuje precyzyjne imię, a druga – wygodny eufemizm.
Sprawiedliwość wobec obu narracji
Uczciwość nakazuje jednak zaznaczyć coś, co łatwo umyka w gorączce konferencji prasowych: ukraińscy historycy i politycy w większości nie negują cierpienia Polaków na Wołyniu, lecz osadzają je w szerszej opowieści o wzajemnym konflikcie polsko-ukraińskim, w którym ofiary i sprawcy występowali po obu stronach, a UPA bywa jednocześnie pamiętana jako symbol walki o niepodległość przeciwko Związkowi Sowieckiemu. To realna, żywa różnica interpretacji, nie tylko cyniczna gra polityczna – i trudno oczekiwać, że rozpłynie się ona pod wpływem jednej ustawy czy jednej konferencji prasowej. Warto też pamiętać, że postulaty w rodzaju masowych deportacji osób posługujących się symboliką UPA są propozycją jednego środowiska politycznego, nie konsensusem, i zasługują na osobną, wolną od emocji debatę o proporcjonalności środków do celu.
Sam postulat, by nie nazywać ludobójstwa „epizodem”, nie powinien być jednak przedmiotem sporu. Nie dlatego, że tak twierdzi ta czy inna partia. Dlatego, że akurat tutaj, na tej ziemi, świat nauczył się kiedyś, czym kończy się milczenie o zbrodni – i lekcja ta wciąż obowiązuje, niezależnie od tego, kto akurat rządzi.

BW
